Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara
Centrum Spolecznosci Zydowskiej w Warszawie, zdjecie Marcin Latallo, 2020
Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara.
Bylo to na imprezie Stowarzyszenia Reżyserów Polskich, pierwsza impreza po lockdownie. Ludzie byli spragnieni kontaktu z innymi i nawet ja, cierpiący na agorafobię, myślałem, że spotkanie z ludźmi dobrze mi zrobi. Jak pokaże ta historia – myliłem się, i to grubo.
Zaprosiła mnie moja przyjaciółka Iwona, której film miał właśnie premierę – czy raczej odbył się pokaz, bo na samej premierze, przyznam szczerze, nie byłem. Nie byłem, bo miałem wtedy już bardzo ciężką sytuację z ludźmi. Kompletnie nie miałem pieniędzy. Ciągle nie mogłem skończyć filmu, który rozpocząłem w 2013 roku – „Marynarz w Łodzi”. Miałem długi wszędzie, nie miałem pracy, nie miałem grosza, mimo że odziedziczyłem ogromny majątek po mojej mamie, ale na skutek konfliktu z bratem znalazłem się w kropce. Nie mogłem też wrócić do Paryża, gdzie miałem dom, do którego brat zabronił mi wejść – zabarykadował drzwi i okna, nasłał na mnie prawnika. A ja nie mogłem się zebrać. Nie mogłem zebrać paruset złotych, a przede wszystkim zebrać sił, żeby tam pojechać.
Był to, jak myślę, już bardzo poważny etap depresji, na którą cierpiałem od wielu lat, ale o czym oczywiście nic nie wiedziałem. I właściwie ta depresja do dziś nie została prawidłowo zdiagnozowana, podobnie jak inne choroby psychiczne, których się w tym samym czasie nabawiłem: fobia społeczna, fobia telefonów i fobia problemow, ktorych mialem caly czas.
Ale tamten wieczór... Było pełno znajomych. Było jedzenie za darmo, co dla mnie było bardzo ważne, ponieważ często zdarzały się dni, w których naprawdę nie miałem nawet na jedzenie. I cieszyłem się bardzo ze spotkania ze znajomymi. Szczególnie że – teraz już wiem, bo sprawdziłem daty – to musiało być w okolicach 28 maja 2021 roku. Wtedy była premiera „Amatorów” Iwony Siekierzyńskiej i akurat znosili obostrzenia, otwierali lokale po wielomiesięcznym zamknięciu. Ludzie byli wygłodniali spotkań. Impreza odbywała się w Centrum Kultury Zydowskiej.
Więc trochę porozmawiałem z ludźmi. Najadłem się przede wszystkim. No i potem zaczęły się problemy.
Najpierw byla ozmowa z Pawłem Ł., moim wieloletnim przyjacielem, synem jednego z najważniejszych reżyserów dokumentalnych, mojego mentora Marcela. Marcel wywarł na mnie bardzo duży wpływ, który jednak skończył się kilka lat wcześniej. Po pokazie filmu Pawła na festiwalu odważyłem się powiedzieć mu taki żart, może niezbyt śmieszny: „Lepiej mieć ojca w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej niż w Himalajach”. To była aluzja do losu mojego własnego taty oraz do tego, że Paweł i Marcel dostali pieniądze z PISF-u na ten film, który zrobili wspólnie – „Ojciec i syn” – i który mi się średnio podobał.
Odpowiedź Pawła była taka, że wyciągnął pięść i chciał się ze mną bić. Musiałem być wtedy jakoś wyjątkowo chroniony, bo pamiętam, że to było dla mnie totalnym szokiem. Szczególnie że groźby powtórzył kilka dni później na wielkiej imprezie, gdzie chciałem do niego podejść, a on znowu zaczął mi grozić. Byłem tym totalnie skonfundowany. Tym bardziej że parę dni później on i jego ojciec dostali główną nagrodę festiwalu za ten film. Wtedy nie podali sobie ręki, ale później się chyba pogodzili. A grob, na ktory razem jechali w trakcie tego filmu jest zaraz obok mojego domu, na cmentarzu w Bagneux, to grob Jean Vigo, swietnego rezysera z lat 1930-tych, i wujka Marcela. Chodze tam czasami.
Więc po tych wydarzeniach odnalazłem Pawła na tej imprezie. Podszedłem do niego, żeby mu powiedzieć, w jak trudnej jestem sytuacji. Wiedziałem, że współpracuje często z Telewizją Polską oraz z francuską telewizją Arte, i myślałem, że mogę o coś takiego zapytać. Zrobilem to bardzo niezrecznie, poprosil go o 10 zlotych. Odpowiedź Pawła była bardzo krótka, powiedział, że nie, i odwrócił się ode mnie.
Przeszedłem więc na drugą stronę i zacząłem z nim rozmawiać, mówiąc, jak bardzo mi przykro, że tak długo się znamy i że tak brutalnie nasza znajomość się urwała po tych jego groźbach. On to znowu zlekceważył, wzruszył ramionami. Więc zaproponowałem mu, że wezmę go za słowo i żebyśmy poszli się pobić. Na co on i jego dziewczyna wyszli bardzo szybko z lokalu. Zapomniałem dodać, że alkohol też był za darmo, więc prawdopodobnie zacząłem zaglądać do kieliszka.
Wtedy spotkałem mojego drugiego przyjaciela, Rafaela, z którym byliśmy razem na studiach – też Polako-Francuza, tak jak ja. Kiedyś pokazywaliśmy wspólnie nasze filmy i Marcel, o którym wspominałem, miał być opiekunem tego wieczoru w Paryżu, ale się nie pojawił. Dyrektor Instytutu nas opierdolił, ale pokaz się odbył. To był jeden z etapów mojej znajomości z owym Rafaelem. Było kilka innych, dotyczących przede wszystkim filmu, który miałem zrobić o przyjaciółce mojej babci Lusi – Zuzannie Ginczance, pięknej poetce zamordowanej przez nazistów.
I tutaj też były pewne problemy z Rafaelem, który tym razem jako producent przywłaszczył sobie materiał napisany przez naszą wspólną znajomą Joannę (której produkowałem zresztą pierwszy film). Joanna bezceremonialnie zdecydowała – mimo że sam jej proponowałem pomoc przy tym filmie – zrobić dokument o tej poetce, ale nie uwzględnić w nim ani mnie, ani mojej babci, którą krótko mówiąc wymazała z tej historii, z historii wogole.
Na dodatek ten Rafael, jako producent tego filmu, nie raz, a dwa razy wcześniej poznał ten projekt. Najpierw jako dokument, który nie powstał, ponieważ producent Krzysztof K., znany oszust, okradł pięciu reżyserów (w tym Rafaela) za pomocą defraudacji dotacji z Unii Europejskiej. To była pierwsza okazja i mój film też wtedy nie powstał, bo pan Krzysztof K. odmówił mi pieniadze z dotacji, ktora dostal od UE. Rafael wtedy nie mógł i nie chciał pomóc, ale znał projekt. Później złożyłem ten projekt do PISF-u, tym razem jako fabułę, w komisji, w której zawsze zasiadał właśnie Rafael. Odrzucił mi ten projekt (inni eksperci, też moi znajomi, oczywiście też – tak to jest z tymi instytutami).
I tutaj do trzech razy sztuka. Rafael był jeszcze producentem filmu tej mojej znajomej Joanny, którą też znam od lat. Zacząłem z nim o tym rozmawiać, ale rozmowa się bardzo szybko skończyła – wyszedł obrażony, bo powiedziałem mu, że uważam za bardzo nieeleganckie to, co zrobił.
Wtedy podeszli do mnie Borys i jego żona Magda. Pamiętam Borysa jeszcze ze studiów, kiedy ja studiowałem w Łodzi, a on przyjechał na egzaminy i nocował u mnie w akademiku, w naszym wspólnym pokoju. Tym razem podeszli do mnie i powiedzieli – a byłem już wtedy dosyć „rozmazany”, rozmazywał mi się ten wieczór – że nie byłem zaproszony. Że w ogóle nie zostałem zaproszony, a Iwony, która mnie zaprosiła, już nie było. I że mam się wynieść.
Zaprotestowałem, no ale nie miałem za bardzo wyboru, więc wyszedłem. I wtedy natknąłem się jeszcze na Olgę, moją też wieloletnią przyjaciółkę, dziewczynę Kasi, która dla mnie zawsze była prawie jak rodzina. To córka reżyserki Agnieszki H., którą zawsze uważałem za moją przyszywaną ciocię albo wręcz „mamę filmową” (pracowałem przy jej filmach, kiedy byłem bardzo młody, co wywarło na mnie ogromny wpływ).
Olga przeżywała jakiś dramat, który gdzieś tam podczas całego wieczoru przewijał mi się w tle, no ale to nie była moja sprawa, więc się nie mieszałem. Ale tutaj zobaczyłem, że stoi na Nowym Świecie i płacze w ramionach swojej przyjaciółki, a wokół idą jacyś pijani faceci. Miejsce było znane z tego, że chyba tydzień czy dziesięć dni wcześniej zanożowali faceta dokładnie w bramie obok. Generalnie były tam bijatyki cały czas.
Więc zdecydowałem, że będę stał przez chwilę przy Oldze i jej przyjaciółce. Że będę po prostu patrzył, czy czasem jakiś pijak się nie przyczepi albo ich nie zaatakuje – nigdy nie wiadomo, a jak będę w pobliżu, to może będę mógł coś zrobić.
Olga odwróciła się do mnie, załzawiona, i kiedy mnie zobaczyła, krzyknęła: „Spierdalaj, Latałło, spierdalaj!”.
Więc poszedłem do swojego mieszkania, które było tuż za rogiem, bo wtedy mieszkałem na Kopernika, w tym słynnym mieszkaniu, które zostawiła mi mama. I nie pamiętam, co było dalej. Myślę, że po tych wydarzeniach, jak teraz próbuję sobie przypomnieć, mój kontakt z ludźmi zaczął się ograniczać już naprawdę do stricte minimum. Coraz bardziej wolałem wejść w kontakt z alkoholem, haszyszem oraz pornografią, zamiast kontaktu z ludźmi.
Marcin Latałło, Paryż, 2025
Commentaires
Enregistrer un commentaire